Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Podróż na Wzgórza Golan i zderzenie z kulturą Druzów

30 163  
238   32  
Początek reportażu zapowiedzianego w tym artykule. Dziś jedziemy na północ izraelskich Wzgórz Golan i spotykamy się z lokalną kulturą.


Spotkanie

Z Kawiakiem spotkaliśmy się na lotnisku w Tel Awiwie. Tego dnia mieliśmy jechać do Madżdal Szams na północnych Wzgórzach Golan. Czekaliśmy więc na druza, Hadiego, który miał nas odebrać, jednak przez dłuższy czas nikt się nie pojawił.
- Ten koleś, który ma przyjechać, to kiedy będzie? - pytam.
- Właśnie nie wiem, kurna, stary, próbuję się do niego dodzwonić, na telefon, na Whatsapp, na Facebooku i nic. Kompletnie nic, jakby wyłączył telefon.
- Masz jakiś plan awaryjny?
- Czekaj... zadzwonię do jego ziomka z Berlina.
- Z Berlina?
- Tak, byliśmy razem na Islandii.
- Na Islandii... Dobra, nie pytam nawet.

Druzowie i Wzgórza Golan

Warto w tym miejscu wyjaśnić, że nasz lokalny "ziomek" jest Druzem.
Druzowie to mniejszość etniczna i grupa wyznaniowa, która zamieszkuje Liban, izraelskie Wzgórza Golan, oraz Syrię. Pomimo granic druzowie są jednością i można nawet powiedzieć, że i rodziną. Ich wyznanie bazuje na religii muzułmańskiej, choć ma też wpływy chrześcijaństwa, a oni sami uważają, że wszyscy Druzowie są potomkami Jetro - biblijnego teścia Mojżesza. Dlatego właśnie Druzem nie można zostać, Druzem trzeba się urodzić. Nie można się w żaden sposób przechrzcić, a sami Druzowie według swojej kultury nie powinni mieszać swojej krwi z innymi grupami etnicznymi. Cała ta mozaika kultur i religii jest co najmniej mówiąc wyjątkowa, o czym przekonaliśmy się w ciągu najbliższych dni.


Same Wzgórza Golan to region, który zalicza się do granic Izraela, ale Druzowie często mówią wprost, że są pod izraelską okupacją i właśnie tak się czują. To miejsce ma też bardzo duże znaczenie strategiczne i w dodatku przebiega tu jedyna granica między Izraelem a Syrią. Z tego względu wzgórza były i są niemym świadkiem wojen i konfliktów między dwoma zwaśnionymi narodami, a Druzowie znajdują się w samym środku tej beznadziejnej sytuacji. Jedną z rozgrywających się tu wojen była wojna sześciodniowa, o której cały artykuł napisał parę dni temu Kawiak. Przeczytacie go tutaj.


Sami starają się zachowywać neutralność, nie przyjmują żadnego obywatelstwa, a wielu z nich jest nawet zwolnionych z obowiązkowej w Izraelu służby wojskowej. Pozostali tworzą Druzyjski Oddział Zwiadowczy w Siłach Obronnych Izraela. Jak widać, nawet ci idący do wojska wykonują jedynie zadania zwiadowcze, więc nie są wcieleni w oddziały, które mogłyby iść na front i bezpośrednio przyczyniać się do śmierci ludzi. Wszystko zgodnie z ich religią i przekonaniami.

Organizacja

Najważniejsza w tym wątku będzie jednak ich barwna kultura.
- I jak? Wiesz coś? - pytam stojąc z Kawiakiem na lotnisku.
- Nic nie wiem. Nie będziemy na nich czekać jak nawet nie wiemy, czy jadą. Wiesz jak stąd dojechać do miasta?
- Jasne. 18 szekli za dupę w pociągu i jedziemy.
- No to jedziemy.
Byłem w Izraelu dzień wcześniej, stąd wiedziałem co i jak.
- Wczoraj jak jechałem tym pociągiem, to poczułem się całkiem swojsko.
- Co? Brudne kible, tłok i śmierdzi?
- Nie... z tym w porządku, nawet mają darmowe WiFi, ale pociąg był jakoś znajomo spóźniony pół godziny.
Jadąc do zupełnie obcego kraju nigdy nie wiemy czego się spodziewać, a tutaj przynajmniej wiedziałem już, że druga Japonia to to nie jest i pociągom to się tu nie śpieszy.

Dopiero kiedy wchodziliśmy na peron do Kawiaka zadzwonił Hadi, powiedział, że przyjechał z ojcem i czekają na parkingu. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Izraelu można dostać 100% zwrotu za niewykorzystane bilety kolejowe, trzeba tylko odstać swoje przy okienku informacji. Ma się przy takiej sytuacji z umawianiem poczucie nerwowego zamieszania i straty czasu z powodu niezorganizowania.


Później okazało się, że absolutny brak organizacji (jak z odbiorem z lotniska) i kompletny brak pośpiechu (jak z pociągami) to stała część życia w tym miejscu. Myśleliśmy, że to w większości dotyczy tylko Druzów, ale nasz izraelski znajomy, Moran, powiedział nam kilka dni później: "Nieee... to my wszyscy tak mamy! W Izraelu jest normalne, że mówisz, że będziesz za pięć minut i przychodzisz jutro.".

Nie wiem, czy odnajdujecie się w tej sytuacji, ale dla nas to nie była "różnica kulturowa", tylko istne zderzenie z zupełnie innym światem. Nie pierwsze i nie ostatnie zresztą.

Moran i jaskinie

Jeśli jesteśmy już przy temacie Morana: po drodze z lotniska pojechaliśmy właśnie do niego. To facet, z którym Kawiak nawiązał kontakt przez internet umawiając nas na kilka eksploracji izraelskich dziur. Moran jest speleologiem i wielkim zapaleńcem we wszelkich kwestiach związanych z jaskiniami, a w szczególności jest specjalistą od ich penetracji. Wytłumaczył nam co będziemy robić, gdzie będziemy schodzić i czego możemy się spodziewać.

Niemałe wrażenie zrobiły na mnie artefakty, które nam pokazał. W jaskiniach odkrywał wiele rzeczy, wszystkie skrzętnie dokumentował i przekazywał do państwowych instytutów, ale w nagrodę pozwolono mu zostawić sobie dwie drobne rzeczy. Mały, pięknie oszlifowany koralik zrobiony z kamienia i część szaty rzymskiego legionisty. W czystych słowach może nie brzmieć to oszałamiająco, ale trzymaliśmy w tej chwili w rękach rzeczy, które powstały jeszcze przed naszą erą. Naprawdę cholernie dawno temu i wartość takiego znaleziska jest naprawdę kosmiczna. Nie chodzi nawet o pieniądze, chodzi o fakt tego, że to przetrwało dwa, czy trzy tysiące lat i wciąż, metaforycznie, poszłoby na allegro jako "używane", ale nie "zniszczone".


Tu pierwszy raz spotykamy się z kolejnym elementem kultury Izraela.
- Napijecie się kawy? - Pyta Moran.
- Ja nie pijam kawy - odpowiada Kawiak.
- Ja nie mogę - mówię.
- Uuuu a dlaczego? - Zdziwiony pyta Moran.
- Ja nie przepadam - kwituje Kwiak
- Ja ze względu na zdrowie.
- Aha, rozumiem, OK - odpowiedział, po czym postawił przed nami dwie szklanki kawy.

- Wypijcie, spróbujcie chociaż, pół szklanki nie zaszkodzi, a drugie pół to i tak fusy, to tego nie pijcie.

Jak widać kawy w Izraelu się nie odmawia, nie ma nawet sensu próbować.

Jedzenie

Po drodze do Madżdal ojciec Hadiego zabrał nas na "najlepszą szawarmę w Izraelu". Specjalnie i tylko po to nadłożyliśmy drogi i pojechaliśmy do Hajfy.

To co stanęło przed nami na stoliku to było kolejne zaskoczenie tego dnia. Calutki stół był zastawiony talerzykami z przysmakami. Hummus, rzepa kiszona w soku z buraków, pikantne kalafiory w kurkumie, ser labane, kiszone oberżyny i cała gama smakowitości, którą w przeważającej części jemy nie używając sztućców. Widelce "dla lamusów z Europy" oczywiście są, ale staramy się nie odstawać, więc rwiemy pieczywo na małe kawałki i nabieramy nim jedzenie z kolejnych talerzy, bo tak to się tutaj robi.


Jedzenie w odległych krajach może często zaskoczyć, a tutaj mamy mieszankę kuchni śródziemnomorskiej, do której w Polsce jesteśmy przeważnie przyzwyczajeni i arabskiej, bogatej w różnego rodzaju kiszonki, co też jest dla nas całkiem naturalne, więc smakowo odnajdujemy się świetnie i nie musimy bać się o podróżnicze rewolucje żołądkowe związane z nieprzystosowaniem układu trawiennego do obcej kuchni. Jeśli będziecie kiedyś w Izraelu, to bierzcie wszystko i jedzcie śmiało, nie zawiedziecie się.

Wstydliwe kwestie...

Zanim dojechaliśmy na miejsce, Hadi uprzedził nas przed jedną rzeczą.
- Zanim dojedziemy to muszę Wam powiedzieć jak to wygląda u nas... no... z dziewczynami.
- Są małe, grube i jak się je zostawi na słońcu to na plecach rosną im włoski? - śmieszkujemy sobie.
- Nie, nie, nie to... chodzi o to, że...
- Że...
- No że nie za bardzo jest dobrze widziane jak się, wiecie...
- Bałamuci przypadkowe laski w kiblu w knajpie? - dobry humor nas nie opuszcza.
- Nie! To w ogóle nie wchodzi w grę.
- Ale porozmawiać można?
- Też nie bardzo... jak będziemy w Madżdal, to musicie wiedzieć, że nie jest dobrze widziane jeśli w ogóle patrzy się na kobiety.
- CO? - odpowiadamy dwuosobowym chórem, a klimat śmieszkowania całkowicie znika.
- No nie wypada patrzeć na dziewczyny, więc jak będziemy w jakimś barze, czy coś, to nie przyglądajcie się dziewczynom, to nie jest nic dobrego i można mieć naprawdę dużo problemów.
- Problemów?
- No bo ona może mieć brata, a w barze na pewno będzie ktoś, kto zna jej brata i jak on mu powie, że patrzycie, to on potem będzie bardzo zły i zaraz przyjdzie i będzie awantura... no sami rozumiecie, bijatyka. U nas nie robi się takich rzeczy.
- Czyli niepotrzebnie brałem 20 kondomów? - w ostatniej próbie ratowania nastroju spróbował zażartować Kawiak.
- Nie, nie, nie będą ci potrzebne... chociaż wy jesteście turystami to może z wami jest trochę inaczej.
To był pierwszy moment, w którym poczuliśmy, że słońce, palmy, inna natura i architektura zrobiły nam tak naprawdę psikusa w głowie, bo mogłoby się wydawać, że przyjechaliśmy do ciepłych krajów na wycieczkę, a teraz uświadomiliśmy sobie wprost, że wcale nie przyjechaliśmy tu na wakacje. Przyjechaliśmy do zupełnie innego świata, będziemy mieszkać z "muzułmanami" w ich wiosce, na ich wiecznie zagrożonych wojną Wzgórzach Golan, granicę z Syrią będziemy widzieć jak na dłoni z okna domu i będziemy tu na ich zasadach i z poszanowaniem ich kultury, a my sami mamy tu robotę do zrobienia.

Widok z domu Hadiego. Przez środek przebiega pas graniczny, a znajdujące się za nim wzgórza to już Syria.

- Chcesz nam jeszcze coś powiedzieć, coś ważnego, żebyśmy nie zrobili czegoś głupiego? - dopytujemy.
- Tak, jest jeszcze jedna ważna rzecz.
- Już się boję...
- No po prostu jak będziecie u kogoś to zdejmujcie buty zanim wejdziecie na dywan. Nie każdy lubi jak mu się wchodzi w butach na dywan.
Spodziewaliśmy się już wszystkiego, a kwestia dywanu wydała się wyjątkowo błaha, więc wrócił nam dobry humor i padło kolejne pytanie.
- Mówiłeś o tych dziewczynach... a jak macie z kozami?
- Z kozami?
- No tak, w takich tematach, wiesz, no z kozami.
- Nie rozumiem, dlaczego pytasz o kozy.
- No bo my w Europie się trochę z Was śmiejemy, że...
- Że co?
- A nieważne...
- No ale z czego się śmiejecie?
- No że ruchacie kozy po prostu.
- Aaa! - zaśmiał się - Tak, tak!
- Tak?
- Nieeee! Nie, nie!
Bariera językowa to śmieszna rzecz. Wszyscy rozmawialiśmy po angielsku, a nie każdy z nas uczył się z tych samych filmów, więc o nieporozumienia naprawdę było łatwo. Koniec końców okazało się, że na kobiety też można patrzeć, tylko nie wypada oblepiać ich wzrokiem i rzucać nachalnie pożądliwych spojrzeń z niewymówionym seksualnym podtekstem w źrenicy. Pomimo drobnych "niedomówień" od razu widzę, że Hadi to złoty człowiek i do tego niezły kosmita, nie sposób go nie uwielbiać.

Hadi tłumaczy Kawiakowi, że normalnie nie da się zobaczyć zniszczonego miasta, bo jest zniszczone i go nie widać.

Koniec podróży

Nasza dwuipółgodzinna podróż z lotniska do Madżdal Szams zajęła nam 6 godzin i to nie był jakiś jednorazowy przypadek i zrządzenie losu, tylko taka właśnie jest kultura Druzów. Nie śpieszą się, nie trzymają się zegarka, nie trzymają się żadnego planu, po prostu idą przed siebie i jak coś wpadnie im do głowy to z miejsca to realizują. Nieważne, że czekasz na Druza od godziny, jeśli po drodze do Ciebie postanowił wpaść do kolegi i pograć na Playstation, to poczekasz jeszcze dwie godziny, ale za każdym razem, kiedy do niego zadzwonisz, usłyszysz w słuchawce "już jestem w drodze do ciebie i za pięć minut będę". To nie kwestia złośliwości, czy braku szacunku. Tak tu już jest i pozostaje się tylko przyzwyczaić, co naprawdę, gwarantujemy, nie jest takie łatwe.

Kiedy dojeżdżaliśmy na miejsce postanowiliśmy ze szczęścia zrobić sobie zdjęcie ze znakiem drogowym przed miastem, więc poprosiliśmy Hadiego o kliknięcie fotki i... tak, jesteśmy na tym zdjęciu, obaj. Stoimy pod znakiem na samym środku zdjęcia.


Hadi był zadowolony z efektu.

W samym Madżdal Szams czekał na nas piękny pokój gościnny, który nieco odbiega od europejskich standardów. Nie na gorsze, czy lepsze, po prostu standard jest zupełnie inny i widać to gołym okiem. Po zakwaterowaniu spotykamy się z Hadim i robimy szybki nocny zwiad po okolicy - tak nas nastraszył, że teraz boimy się podnosić wzrok, żeby przypadkiem nie ujrzeć jakiejś kobiety.


Przed spaniem szykujemy się na kolejny dzień, a mamy zamiar znaleźć parę czołgów i obejrzeć inne świadectwa nie tak dawnych wojen.

Dnia następnego...


- Idźcie dokładnie za mną i uważajcie - mówi Hadi wchodząc na pagórek.
- Jakieś węże są w tej trawie?
- Nie, miny przeciwpiechotne.
- ...

Nie żartował. Najbliższe dni spędzimy właśnie z tym wesołym człowiekiem, więc na najbliższy czas zostanie bohaterem dalszych reportaży. Całą rozkładówkę artykułów znajdziecie tutaj.

Oglądany: 30163x | Komentarzy: 32 | Okejek: 238 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało